Miasteczka Hiszpanii
Małe miasteczko na końcu linii kolejowej wiodącej do parku narodowego Montseny. W pierwszym momencie nie zachęca niczym wspaniałym. Ot zwykłe hiszpańskie miasteczko. Wystarczy raptem 3 godziny by obejść je całe. Warto je odwiedzić w ramach wycieczki w góry Montseny. Ze małej stacji kolejowej którąkolwiek z uliczek można dostać się do jedynego większego placu w miasteczku, którym jest rynek otoczony starymi kamienicami. Zaletą tej mieściny jest wyjątkowo mała ilość turystów. Pewnie ze względu na bliskość takich „hitów” turystycznych jak Barcelona i Tarragona. W Sant Celoni, można raz na jakiś czas wpaść na organizowany przez władze miasta ogólno miastowy rynek wyrobów małych przydomowych „fabryk”. Wartymi skosztowania są kozie sery w różnych formach i zalewach, piwo własnej roboty z małej fabryki robione na czystej wodzie z gór Monsteny, oraz pieczone kasztany, przygotowane jedyne jesienią. Na rynek w Sant Celoni można wybrać się późnym październikiem, poczuć spokój małej wioski i cieszyć się widokiem okolicznych gór. By obejrzeć miasteczko z góry, można wspiąć się na szczyt położony za nowo budującym się osiedlem domków jednorodzinnych, szukając między nimi drogowskazu na mały stary i jak się okazuje na szczycie opuszczony kościół. Dość niespotykana budowa, na wypłaszczeniu niewielkiej góry, z miejscem idealnym na piknik w otoczeniu drzew i ptaków. Sant Celoni nie proponuje wielu atrakcji, ale jego spokój, cisza i nie codzienne jedzenie są dobrą alternatywą na odpoczynek po zwiedzaniu wielkich hiszpańskim metropolii tętniących życiem, choć na chwilę.
Początkowo wydaje się, że wycieczka w głąb miasta zajmie dużo czasu, bo od strony dworca trzeba wspinać się krętymi uliczkami. Jako pierwsze spotkamy pozostałości po romańskim amfiteatrze zbudowany w II wieku naszej ery. Można go obejrzeć z góry lub zdecydować się na możliwość spacerowania po ruinach w cenie niedrogiego biletu (około 4 euro). Dalsza wspinaczka prowadzi nas w otoczenie wysokich budynków, między którymi znajdujemy muzea stare kościoły i opuszczone domu. Tych jest w Tarragonie bardzo dużo. Pośród wielu małych skwerów, w plątaninie uliczek w końcu natrafimy na miejsce, którego brukowane schody wiodą nas do miejskiej katedry. Zwalistej budowli o przyciągającej wzrok fasadzie – ciężkich drzwi okalanych rzeźbami świętych i wielkim, szklanym „okiem” obserwującym każdego przechodnia. Wnętrze katedry pokazuje prawdziwy spokój i ciszę. O ile miasto zmienia swoje oblicze, raz głośniejsze i bardziej kolorowe, raz spokojniejsze i jakby odpoczywający po falach turystów, o tyle świątynia pozostaje niezmienna w swoim kamiennym i wręcz przeszywającym spokoju i ciszy. Ogromne drzwi zupełnie odcinają świat zewnętrzny od niczym niezmąconego spokoju. Tam naprawdę można poczuć samego siebie i bicie własnego serca. Dalej Tarragona proponuje nam małe i urokliwe restauracyjki na skwerku przed i poniżej katedry. W okresie turystycznym rozchodzi się ze szczytów schodów unikatowy widok tłumu ludzi, którzy z przestronnego placu, nagle chcą wszyscy zmieścić się w wąską uliczkę prowadzącą do nowszego centrum miasta. W sercu miasta, na deptaku wiodącym od tarasu z widokiem na morze aż po pomnik „Castellers” – wieży z ludzi. Niesamowita rzeźba pokazująca tradycję miasta i jej mieszkańców. Tu można posłuchać jakie wskazówki przekazuje szef ekipy swoim podopiecznym. Wystarczy przystawić ucho …