Barcelona i Granada
Sagrada Famili, Katedra Św. Eulali, Tibidabo, Camp Nou i architektura Gaudiego. To większość turystów zna z przewodników. A Barcelona to też wąskie i ciemne uliczki, niektóre o niezbyt miłym zapachu, przytulne kawiarenki serwujące tapasy i „Clarę” – połączenie zimnego piwa z gazowanym napojem limonowym, najlepsze orzeźwienie w gorące dni. To także luksusowe sklepy i brak miejsc do parkowania. By znaleźć swoje miejsce w tym pozornie ogromnym mieście, warto zgubić się bez mapy w starych dzielnicach Born, Gotyk i okolicach Universitat, zawsze uważając na torebki i plecaki. Barcelona niestety straszy okropnym złodziejstwem. Komunikacja po wielu jednokierunkowych ulicach jest bardzo prosta. Zarówno metrem, autobusem i tramwajem można przemieszczać się po stolicy Katalonii na jednym bilecie. Najkorzystniej przy krótkim pobycie stosować bilet dziesięcioprzejazdowy (do kupienia maszynach na stacja metra). Dla wytrwałych spacerowiczów, dobra nowina, Barcelona jest mniejsza niż wydaje się na mapie. Przejście z najdalszych miejsc w obrębie centrum (do 7 stacji od Placa Catalunuya – stacja Głowna metra) zajmie do 1,5 godziny. Spacerując po „normalnym” mieście warto zadrzeć do góry głowę i szukać architektonicznych perełek powyżej 1 piętra, na prawie każdym budynku. Tam kryją się nieopisane w przewodnikach historie tego miasta.
Na pytanie czy Granada kojarzy się tylko z twierdzą wzniesioną przez mauretańskich kalifów między XII a XV wiekiem? Powiem nie! Granada to miasto o trzech starych i paru innych nowszych, bardziej codziennych dzielnicach. Pierwsza, najwyżej położona to Sacromonte, gdzie w teatrze flamenco, można zobaczyć prawdziwie cygańskie Flamenco przy akompaniamencie gitar i śpiewu z widokiem na oświetloną Granadę i Alhambrę w tle. Zapierający dech w piersiach widok miasta, którego nikt nie spodziewa się za czarną kotarą, rozgrzewający i jednocześnie smutny w wydźwięku ton wygrywanej melodii, do której po chwili na scenę wkracza Kobieta. Pełna energii, pełna wdzięku i emocji, pełna nieprzepartej ochoty przekazania za pomocą kroków, ruchów i spojrzeń tego czego nie do końca oddaje sama muzyka. Prawie dwugodzinny spektakl, po którym ludzi powoli i w zachwycie ruszają uliczkami Sacramento w dół. Wąskie uliczki, na szerokość jednego samochodu ze złożonymi lusterkami, czasem blokują przejście nawet przechodniom. Poniżej zachęca nas do spaceru dzielnica Alabacín. Tysiące schodów, małych zakamarków, niespodziewanych skwerków i zapachów. To właśnie tu w prawie każdym barze w cenie piwa można dostać tapę – tapas, małą przekąskę, która w tym regionie Hiszpanii jest rośnie z każdym kolejnym zamówieniem. W cenie trzech cañas (o,33 l) można zjeść prawdziwą kolację. W granadzkim menu tapasów spotyka się tortillę, kanapki z owocami morza, oliwki, frytki, kawałki mięsa w różnych sosach i wiele innych, w zależności od nastroju kucharza. Trzecia dzielnica jest bardziej tłoczna i turystyczna. Można tu zobaczyć katedrę, pojedyncze stare kościały i place z pomnikami. Granada jak wiele hiszpańskich miast może pochwalić się wąskimi, brukowanymi ulicami, które nie zawsze wiemy na pewno dokąd prowadzą. Tu również warto pochodzić bez mapy i przez przypadek wpaść na wystawę drzewek bonzai w jednym z ogródków willi przy małej uliczce.
„Cudze chwalicie, swojego nie znacie” powiedział ktoś kiedyś mądrze. Jeździmy po Europie, Azji, Afryce, Amerykach, Australii.. a tak naprawdę nie wiemy, jakie piękno kryje się tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki. Być może dla niektórych to mniej prestiżowe ruszyć w czasie urlopu w Polskę. Bo to nasz kraj, co tu można oglądać ciekawego. A pewnie nie jedna osoba by się zdziwiła, i puknęła się w głowę, dlaczego była tak niemądra i nie zaczęła eksplorować wcześniej tak pięknych miejsc. Opcji jest bardzo, bardzo dużo. Wystarczy wejść na jakąś stronę internetową danego regionu i już możemy dowiedzieć się, co tubylcy mają na co dzień, a co my moglibyśmy zobaczyć i podziwiać. To proste. Polska, to przecież piękny kraj, bo nasz. Trochę patriotyzmu nam nie zaszkodzi. Żeby poznać obczyznę, poznajmy swoje. Korzyści z takich wycieczek? Na pewno mniejsze koszty, mniej komplikacji i przede wszystkim ten widok zaskoczonych znajomych na wieść o tym, że prawie pod naszym nosem są takie dziwy, których nie znajdziemy nigdzie indziej, a od samego słuchania serce rozpływa się w błogości…
Rok ma 365 dni. Dużo, mało… W każdym razie czas płynie. Od piątku do piątku, znosimy trud pracy. Czekamy z utęsknieniem na odpoczynek, a kiedy już nadejdzie ten piękny czas urlopu… Wyjeżdżamy. Uciekamy. Izolujemy się od całego świata. Zostawiamy telefon w domu i ruszamy odreagować cały ten kilkumiesięczny zgiełk. Musimy jak najlepiej wykorzystać ten czas. Urlop to przecież te kilka, kilkanaście dni, na które często czekamy cały rok. Jeśli przypada on na okres zimowy lub letni (w zależności od upodobań spędzania wolnego czasu), w duchu gorliwie prosimy o odpowiednią pogodę, słońce lub śnieg, lub to i to. Planujemy już od dawna te kilkanaście dni. Nie chcemy, żeby coś się nie udało, albo zepsuło nasze wyobrażenia. To ma być czas, który będziemy wspominać cały rok, do następnego wyjazdu, i to właśnie on ma nam dawać siłę do pracy, motywować, by w przyszłym roku było jeszcze lepiej. Chcieć znaczy móc, a dobrze bawić chce się każdy, a to oznacza, że tak właśnie będzie. Co więcej pozostaje dodać? Warto jest czekać na te kilka dni odpoczynku, nie wiadomo nigdy jakie nowe niespodzianki i wyzwania podsunie nam los.
Skwar, 40 stopni, nawet w cieniu strużki słonej wody spływają po czole. Tak to Sevilla w okresie letnim. Szersze ulice, gdzie słońce ma możliwość prażyć przechodniów, zostały okryte baldachimami z materiału w celu ochrony spacerowiczów. Niespotykany to widok dla polskiego podróżnika. Sevilla proponuje nam Alcázar – pałać królewski z czasów XI wieku, należący początkowo do kalifów, gdzie później rozstrzygnęły się również decyzje o wyprawach Krzysztofa Kolumba. Do pałacu studenci posiadający kartę Euro26 mogą wejść za darmo. To dobra wiadomość, bo karta ta nie zawsze jest honorowana w Hiszpanii. Alcázar oferuje nam komnaty o charakterystycznym zdobieniu ścian, wydaje się, że ręcznie rzeźbionymi szlaczkami. W czasie tej podróży czuć przepych i bogactwo, którego nie sposób uchwycić na zdjęciach. W murach zamku znajduje się też wielki ogród pełen miłych i zacienionych zakątków do odpoczynku. Do zwiedzenia zostają jeszcze piwnice zachęcające bardzo zimny i intensywnym zapachowo powietrzem. Zaraz po wyjściu z zamku możemy zwiedzić lub jedynie obejść niesamowicie wielki i bogato zdobiony rzeźbami budynek katedry. Niektóre jej elementy są odrobinę przerażające. Przebywając mieście, warto zaplanować obiad do godziny 16 lub na późny wieczór. Ze względu na temperatury i „ciężar” powietrza większość sklepów oraz restauracji zamyka się na najgorszy okres dnia, czyli między godzinami 16 a 20. W tym czasie nawet odpoczywanie na ławce w cieniu staje się nieprzyjemne. Najlepiej zostać w domu lub znaleźć jeden z niewielu klimatyzowanych barów, np. wzdłuż placu przy ulicy Alameda de Hercules, gdzie można spotkać angielskie wycieczki bawiące się z pojawiających się nagle fontann. W godzinach wczesno wieczornych warto udać się na kolację do przeróżnych restauracyjek serwujących smaczne małe potrawy. Polecam szczególnie knajpkę na zejściu uliczek Calle Sol y Calle Bustos Tavera, na trójkątnym piaszczystym polu można spróbować domowej roboty „Manzanilli” – mocnego alkoholu przygotowanego na bazie jabłek i zagryźć go np. krokietami. Jak spodobacie się szefowi to pierwszy kieliszek na próbę może być na koszt firmy. Wieczorny spacer po centralnych uliczkach Sevilli może okazać się trudny, gdyż wtedy okoliczne bary odwiedzane są przez młodzież wędrującą od jednego baru do drugiego, bawiących się na ulicy i wymieniający się historiami z ostatnich dni.
Lubimy pełny komfort, nie da się tego ukryć. Ale czasami zwycięża jednak cena, na pewno niższa w przypadku wycieczek autokarem. Na początku, kiedy nie wiemy co to znaczy jechać nawet kilka dni do docelowego miejsca, godzimy się. Myślimy, że na pewno nie może być tak źle, wszystko da się wytrzymać, a cała wycieczka na pewno wszystko wynagrodzi. Zazwyczaj tak właśnie jest. Do wszystkiego można się przyzwyczaić i tak naprawdę to kwestia opanowania pozycji siedzenia, leżenia, czy półsiedzenioleżenia jest kluczem do sukcesu. Musimy jakoś przetrwać te godziny jazdy, bez względu na to, czy nam się po pewnym czasie znudziło czy nie. Jeśli mamy wokół siebie odpowiednie towarzystwo, tzn. jesteśmy otoczeni ludźmi, których lubimy, bądź też co do których jesteśmy pozytywnie nastawieni, to można powiedzieć, że „everything is all right”. Autokar to mamy problem, najważniejsze jest to, żeby szczęśliwie dotrzeć na miejsce naszej podróży i zobaczyć te wszystkie rzeczy, które już od tak wielu dni kłębią się w naszej głowie.